Trenera, który wyprowadził w Nowej Zelandii wioślarstwo na drugie miejsce wśród dyscyplin sportowych pod względem popularności, po rugby, chce zatrudnić prezes czeskiego związku Jiri Kejval. Dick Tonks, bo o niego chodzi, został najlepszym szkoleniowcem świata w 2005 roku.
"W Nowej Zelandii odniósł wspaniałe sukcesy" - powiedział sternik wioślarstwa u naszych południowych sąsiadów i przyznał, że od kilku miesięcy prowadzi z Tonksem rozmowy. Nowozelandczyk, gdyby doszło do podpisania umowy, rozpocząłby pracę po igrzyskach w Pekinie. Kontrakt byłby zawarty do regat olimpijskich w Londynie. Tonks otrzymałby pensję 120 tys. dolarów rocznie plus mieszkanie. Skąd czeski związek ma tyle pieniędzy? - pytają tamtejsze media. "Mamy pomysły na działalność gospodarczą, podpisane zostałyby kontrakty reklamowe" - mówi prezes Kejval. Jego pomysł ma, jak to w życiu bywa, gorących zwolenników i przeciwników. Najmocniej zaprotestował jeden z asów czeskich wioseł Ondrej Synek. "Mamy swoich dobrych trenerów - powiedział. - Pomysł z zatrudnieniem Tonksa jest niczym innym jak tylko megalomanią prezesa."
Skąd wzięła się legenda Tonksa? Przypomina się "fantastyczną godzinę"w mistrzostwach świata w Gifu. W tym czasie łodzie nowozelandzkie cztery razy mijały celownik na pierwszym miejscu. Dick Tonks jest wicemistrzem olimpijskim z Monachium.
Czeskie media przypominają innych zagranicznych trenerów, którzy pracowali w tym kraju i efekty ich pracy były różne. Klapą zakończyło się podpisanie przed kilkoma lata z uważanym za najlepszego trenera siatkarskiego świata Julio Velasco. "Dyktator z Argentyny wziął wielkie pieniądze, a wyniku nie było" - piszą gazety. Z kolei Słoweniec Vasja Bajc zrobił z Jakuba Jandy "postrach skoczni." Zdobył on Puchar Świata i wygrał prestiżowy Turniej Czterech Skoczni.
wstecz
16 Apr 2008